Przejdź do treści

Dziś

·

Coraz częściej myślę sobie, że jesteśmy wszyscy trochę jak roślinki. Serio. Możesz być prawdziwą rośliną, która potrzebuje światła, powietrza, wody, dobrej ziemi, przestrzeni, czasem przesadzenia do większej doniczki, czasem przycięcia suchych liści, czasem spokoju, a czasem słońca dokładnie w tym miejscu, w którym ktoś inny już dawno by się spalił. Możesz też próbować być sztuczną roślinką, taką, która wygląda dobrze w każdych warunkach, stoi tam, gdzie ją postawią, nie potrzebuje za dużo, nie więdnie, nie marudzi, nie reaguje na brak światła, brak powietrza, brak wody, brak sensu, brak dobrych ludzi, brak rozmowy, brak zaufania, brak normalnych zasad.

Tylko pytanie, ile człowiek może udawać sztuczną roślinkę, jeśli w środku jest jednak żywy.

Można przez jakiś czas wyglądać dobrze. Można stać prosto. Można robić swoje. Można nie narzekać. Można mówić, że wszystko okej, że dużo się dzieje, że intensywnie, że ciekawie, że rozwój, że wyzwania, że przecież tak wygląda praca. Można nawet naprawdę wierzyć, że skoro dajesz radę w każdych warunkach, to znaczy, że jesteś silna albo silny. Tylko że na koniec dnia udawanie, że nie potrzebujesz światła, powietrza i wody, zwykle gdzieś się odkłada. W ciele, w głowie, w zmęczeniu, w cynizmie, w tej dziwnej obojętności, kiedy niby wszystko działa, a Ty coraz mniej czujesz, że jesteś u siebie.

Nie wiem jak Ty, ale ja już dziś (czterdziestka na karku), wiem trochę lepiej, w jakich warunkach rosnę, a w jakich zaczynam więdnąć. Wiem lepiej, z kim chcę pracować, z kim nie, na jakich zasadach, przy jakich projektach, w jakim tempie, w jakim stylu rozmowy. Wiem, co lubię, czego nie znoszę, co chętnie oddam innym, bo ktoś zrobi to lepiej albo po prostu z większą radością. Wiem, jakie talenty mam, jakich nie mam i których już naprawdę nie muszę udawać. Wiem też, że nie muszę dziś nikomu udowadniać, kim jestem, poza sobą samą, a i to coraz mniej w trybie udowadniania, bardziej w trybie sprawdzania, czy ja jeszcze idę w swoją stronę.

To nie znaczy, że wiem wszystko, że mam rozpisaną mapę na kolejne dziesięć lat, że dokładnie wiem, dokąd idę, z kim będę pracować, jakie projekty przyjdą, co się wydarzy i jak to wszystko poukłada się za chwilę, za rok, za pięć lat. Nie. Ale wiem już więcej o swoich wartościach, wiem, kiedy zapala mi się lampka awaryjna, wiem, dlaczego zwykle się zapala, wiem, co mnie w ludziach przyciąga, co mnie odpycha, przy kim rosnę, przy kim się spinam, przy kim zaczynam mówić za dużo, przy kim milknę, przy kim robię się odważniejsza, a przy kim wracam do starego, dobrze znanego trybu: dobra, to ja ogarnę.

I to jest dla mnie bardzo ważne w tym całym „dziś”, bo wczoraj mogło nas czegoś nauczyć, mogło nam coś przykleić, mogło dać wzory i antywzory, ale dziś jest tym momentem, w którym zaczynamy sprawdzać, czy nadal chcemy żyć według tamtych lekcji i czy warunki, w których aktualnie jesteśmy, naprawdę pozwalają nam rosnąć. Czy nadal chcemy pracować z ludźmi, przy których trzeba się zmniejszać. Czy nadal chcemy brać projekty, które od początku pachną chaosem, tylko dlatego, że umiemy chaos porządkować. Czy nadal chcemy być w środowiskach, które lubią naszą pomocność, ale niekoniecznie naszą decyzyjność. Czy nadal chcemy słyszeć „super, że jesteś”, ale tylko wtedy, kiedy trzeba coś uratować.

Jest takie zdanie, które wraca do mnie bardzo często: z kim przestajesz, takim się stajesz. I ja wiem, że ono może brzmieć trochę jak mądrość z plakatu, coś między przysłowiem a hasłem motywacyjnym, ale im dłużej pracuję z ludźmi, zespołami, organizacjami i sama ze sobą, tym częściej widzę, że coś w tym jest, bo ludzie, z którymi jesteśmy blisko, z którymi pracujemy, rozmawiamy, spieramy się, planujemy, narzekamy, budujemy, gasimy pożary i wymyślamy kolejne rzeczy, naprawdę zaczynają wpływać na to, jak mówimy, jak myślimy, na co się zgadzamy, czego przestajemy próbować, a czasem też na to, kim w ogóle mamy odwagę być.

To nie dzieje się od razu. Nikt nie budzi się pewnego dnia i nie mówi: od dziś przejmuję język tej organizacji, energię tego zespołu, lęki tego managera, sposób reagowania tej grupy i przekonania ludzi, z którymi siedzę przy stole. To się raczej sączy, po kawałku, w zdaniach, które zaczynasz powtarzać, chociaż wcześniej Cię irytowały, w sposobie reagowania na pomysł, który kiedyś by Cię zaciekawił, a dziś od razu sprawdzasz, gdzie się nie uda, w tym, że coraz częściej mówisz „u nas się nie da”, „oni i tak nie zrozumieją”, „po co próbować”, „nie wychylajmy się”, „zróbmy minimum, żeby przeszło”. I nagle orientujesz się, że nie wiesz, kiedy dokładnie, ale trochę przestałaś albo przestałeś być sobą w tym swoim naturalnym ruchu do przodu.

Można przesiąknąć bezradnością. Można przesiąknąć cynizmem. Można przesiąknąć chaosem, ciągłym alarmem, takim trybem pracy, w którym wszystko jest pilne, wszystko jest ważne, wszystko jest „na już”, a człowiek przestaje odróżniać prawdziwy pożar od czyjegoś braku decyzji. Można przesiąknąć lękiem przed błędem, potrzebą akceptacji, unikaniem trudnych rozmów, wiecznym oglądaniem się na to, co powiedzą inni. Można też przesiąknąć odwagą, spokojem, jakością rozmowy, sposobem stawiania granic, odpowiedzialnością, ciekawością, dojrzałością ludzi, którzy nie muszą wygrywać każdej dyskusji, żeby mieć wpływ.

I to jest dla mnie ważne w marce osobistej, bo my często myślimy o niej tak, jakby była czymś wyłącznie naszym, moją decyzją, moim stylem, moim głosem, moją komunikacją, moim profilem, moją ścieżką, a przecież to, w jakim środowisku jesteśmy dziś, ma ogromny wpływ na to, co w nas rośnie, a co powoli się zwija. Jeśli jesteś wśród ludzi, którzy wszystko gaszą, możesz zacząć myśleć pożarem, nawet jeśli kiedyś byłaś albo byłeś osobą od strategii. Jeśli jesteś wśród ludzi, którzy głównie narzekają, możesz zacząć mówić językiem bezradności, nawet jeśli kiedyś naturalnie szukałaś albo szukałeś rozwiązań. Jeśli jesteś wśród ludzi, którzy każdą odwagę nazywają naiwnością, po jakimś czasie możesz przestać proponować rzeczy, które jeszcze niedawno były dla Ciebie oczywiste. Jeśli jesteś wśród ludzi, którzy stale przekraczają granice, możesz zacząć myśleć, że dostępność dwadzieścia cztery godziny na dobę to po prostu zaangażowanie.

Ale działa to też w drugą stronę. Jeśli jesteś blisko ludzi, którzy potrafią mówić prawdę bez niszczenia relacji, zaczynasz wierzyć, że trudna rozmowa nie musi oznaczać wojny. Jeśli pracujesz z ludźmi, którzy biorą odpowiedzialność, zamiast przerzucać winę, zaczynasz inaczej patrzeć na błędy. Jeśli jesteś wśród osób, które naprawdę chcą rosnąć, a nie tylko dobrze wyglądać, zaczynasz widzieć, że rozwój nie musi być konkursem na najbardziej ambitnego człowieka w pokoju. Jeśli masz obok siebie kogoś, kto widzi Twoją wartość, zanim Ty sama albo sam umiesz ją nazwać, łatwiej przestać udawać, że wszystko, co robisz, to „nic takiego”.

Pytanie o dziś nie jest więc tylko pytaniem: gdzie pracuję, jakie mam stanowisko, jakie projekty prowadzę i co mam wpisane w stopce maila. Pytanie o dziś brzmi też: w jakich warunkach rosnę, a w jakich zaczynam więdnąć, z kim naprawdę przestaję, kto wpływa na mój język, kto podnosi mój standard myślenia, kto mnie zmniejsza, kto mnie rozszerza, przy kim robię się odważniejsza albo odważniejszy, a przy kim zaczynam przepraszać za to, że mam zdanie.

I czasem to pytanie jest niewygodne, bo odpowiedź może pokazać, że nie problemem jest tylko rola, firma czy zakres obowiązków, ale środowisko, w którym zbyt długo próbujesz rosnąć, chociaż ono bardziej Cię przycina niż wzmacnia. Może się okazać, że jesteś wśród ludzi, którzy lubią Twoją pomocność, ale niekoniecznie Twoją decyzyjność. Że jesteś zapraszana albo zapraszany tam, gdzie masz ratować, a nie tam, gdzie masz współdecydować. Że Twoja marka dziś buduje się w relacjach, które widzą tylko część Ciebie, tę wygodną, przydatną, szybką, dostępną, a niekoniecznie tę, która chce wejść poziom wyżej.

Nie chodzi o to, żeby teraz zrobić listę ludzi do wyrzucenia z życia, odciąć wszystkich, którzy nie są „wspierający”, i otoczyć się wyłącznie osobami, które mówią nam miłe rzeczy, bo to też byłaby pułapka. Chodzi raczej o uczciwe sprawdzenie, kto naprawdę ma wpływ na Twoje dziś, czyje zdania nosisz w głowie, czyje tempo przejmujesz, czyje lęki zaczynasz traktować jak swoje, czyje ambicje Cię karmią, a czyje oczekiwania od dawna prowadzą Cię nie w Twoją stronę.

Marka osobista nie buduje się w próżni. Buduje się w relacjach, rozmowach, projektach, zespołach, napięciach, zgodach i odmowach. Buduje się wśród ludzi, przy których zaczynasz widzieć więcej albo mniej, mówić prawdziwiej albo ostrożniej, brać miejsce albo się wycofywać, rosnąć albo tylko bardzo sprawnie działać.

Możesz więc zacząć prosto. Wypisz pięć osób, z którymi dziś najczęściej rozmawiasz o pracy, decyzjach, planach, projektach i sobie samej albo samym, a potem sprawdź, po których rozmowach masz więcej jasności, odwagi i kierunku, a po których wracasz do chaosu, zwątpienia, poczucia winy albo przekonania, że znowu powinnaś albo powinieneś coś komuś udowodnić.

Bo z kim przestajesz, takim się stajesz, może nie od razu, może nie w całości, może nie zawsze, ale wystarczająco mocno, żeby warto było zapytać: czy ludzie, z którymi dziś jestem najbliżej zawodowo, pomagają mi budować markę, w której naprawdę chcę żyć?

A jeśli czujesz, że Twoje dziś mocno kształtują ludzie, role i oczekiwania, które nie do końca pozwalają Ci rosnąć, Mentoring Marki Osobistej może być dobrym miejscem, żeby spokojnie zobaczyć, w jakich warunkach kwitniesz, a w jakich zaczynasz więdnąć.

Powiązany mentoring
Mentoring Marki Osobistej →