Energia
Wiemy już, że jest wczoraj, dziś i jutro, że gdzieś jest początek i gdzieś jest cel, że trzeba cierpliwości, małych kroków, konsekwencji, trochę odwagi, trochę prawdy o sobie, trochę gotowości na to, że nie wszystko wydarzy się od razu, że nie da się przeskoczyć drogi, nie da się pożyczyć cudzej, nie da się udawać eksperta, jeśli dopiero zaczynasz, nie da się zbudować marki osobistej samym pięknym bio, jeśli za tym bio nie idą ślady, reputacja i codzienne decyzje. Przepis znamy. Easy. Ogarniemy. Tylko że potem przychodzi bardzo zwykłe, bardzo praktyczne i wcale nie takie małe pytanie: czy my mamy na to energię?
Można wiedzieć, co trzeba zrobić, można mieć plan, kierunek, wartości, brief, pierwsze zdania, pomysły na teksty, ludzi, z którymi chcemy pracować, projekty, które nas interesują, listę rzeczy, których już nie chcemy brać, i nadal można utknąć, nie przez brak wiedzy, nie przez brak intencji, nie przez brak ambicji, tylko przez to zwyczajne, ludzkie „nie mam dziś z czego”. Nie mam siły jeszcze raz opowiadać, po co to robię. Nie mam siły wracać do tematu, który nie zadziałał za pierwszym razem. Nie mam siły pokazać czegoś światu, skoro jeszcze nikt na to nie czeka. Nie mam siły tłumaczyć, sprzedawać, zapraszać, przypominać, poprawiać, wracać, sprawdzać i znowu zaczynać od miejsca, w którym niby wszystko jest jasne, a jednak trzeba włożyć w to kolejne godziny, uwagę i kawałek siebie.
Moi koledzy z zespołu często mi powtarzają: Dorota, dziś właściwie każdy może zbudować produkt, narzędzi jest mnóstwo, technologii jest mnóstwo, pomysłów jest mnóstwo, możliwości jest mnóstwo, ale nie każdemu wystarczy cierpliwości, siły, konsekwencji i umiejętności sprzedaży, żeby ten produkt puścić w świat, żeby o nim mówić, żeby wracać, kiedy nikt jeszcze nie słucha, żeby poprawiać, kiedy coś nie działa, żeby nie obrazić się po pierwszej ciszy, żeby dowieźć nie tylko etap tworzenia, ale też etap pokazywania, tłumaczenia, zapraszania ludzi do środka. I mam poczucie, że z marką osobistą jest bardzo podobnie.
Napisać jeden tekst można, poprawić CV można, zrobić bio można, wymyślić kierunek też można. Ale wracać do tego regularnie, sprawdzać, czy to nadal moje, mówić o swojej pracy, pokazywać wartość, być widoczną albo widocznym nie tylko wtedy, kiedy mamy idealny dzień i idealną pewność siebie, ale też wtedy, kiedy trochę się nie chce, trochę się boi, trochę nie wiadomo, czy ktoś to w ogóle przeczyta, to już jest zupełnie inna historia. I tu właśnie pojawia się energia, taka zwykła, konkretna, nie ta z grafik motywacyjnych, nie ta z haseł o porannych rutynach ludzi sukcesu, tylko ta prawdziwa, którą albo masz w ciele i głowie, albo jej nie masz.
Skąd ją brać? Czy chodzi o magiczny work-life balance? Przyznam uczciwie, że nie wierzę w to hasło, a przynajmniej nie w wersji, w której praca jest po jednej stronie, życie po drugiej, wszystko równo odmierzone, godziny elegancko rozdzielone, energia pięknie rozpisana, a człowiek zamyka komputer i natychmiast przełącza się w tryb życia, spokoju, regeneracji i harmonii. Może są osoby, które tak potrafią. Ja raczej nie jestem jedną z nich. Bliżej mi do work-life integration, ale nie jako ładnego hasła z prezentacji o nowoczesnym stylu pracy, raczej jako bardzo praktycznego sprawdzania, gdzie ja dziś jestem z energią, jakie mam zadania, jaką odpowiedzialność niosę, co mnie nakarmi, co mnie wyczyści do zera, co mogę zrobić rano, co wieczorem, czego nie powinnam wciskać po bardzo wymagającym spotkaniu, a co mogę zrobić wtedy, kiedy mam mniej siły, ale nadal potrafię spokojnie myśleć.
Dziś już wiem, że nie każde zadanie kosztuje mnie tyle samo. Są rzeczy, które mogę robić długo: pisać, myśleć, układać narrację, łączyć wątki, rozmawiać o koncepcjach, wymyślać strukturę, patrzeć na projekt z góry, szukać sensu, doprecyzowywać język, i pewnie po drodze się zmęczę, jasne, ale to jest zmęczenie, które często ma w sobie coś dobrego, coś z pracy w swoim rytmie, swoimi talentami, swoją energią. Są też rzeczy, które zjadają mnie dużo szybciej, nawet jeśli trwają krócej, i tu najlepszy przykład mam bardzo aktualny.
Mam teraz w jednym projekcie grupę warsztatową. Warsztaty są krótkie, trzy godziny, niby nic wielkiego, można powiedzieć, trzy godziny to przecież nie cały dzień, ale to jest praca z grupą senior dyrektorów, regularnie, co dwa tygodnie, bardzo intensywnie, z maksymalnym focusem na celu i zadaniu, a jednocześnie z dbaniem o spójność, współpracę i komunikację w zespole. Przez te trzy godziny trzeba być w pełnym kontakcie, słuchać, prowadzić, reagować, zauważać napięcia, pilnować celu, nie zgubić ludzi, nie uciec w gadanie, nie przesadzić z tempem, nie odpuścić tam, gdzie trzeba dopytać, i nie docisnąć tam, gdzie trzeba zostawić przestrzeń. Te trzy godziny potrafią pochłonąć mi energię, której normalnie starcza na osiem, czasem dziesięć godzin pracy. Po takich warsztatach nie planuję sobie wielkich strategicznych decyzji, trudnych rozmów, pisania ważnych ofert i kreatywnego wymyślania świata od nowa, bo wiem, że moja głowa może jeszcze działać, ale układ nerwowy mówi: Dorota, daj mi chwilę. Muszę odetchnąć. Tak zwyczajnie. Bez wielkiej filozofii. Bez wyrzutów sumienia. Bez udawania, że skoro w kalendarzu minęły tylko trzy godziny, to przecież powinnam mieć jeszcze pięć godzin pełnej mocy.
Dla mnie to jest odpowiedzialność, nie tylko wobec siebie, również wobec ludzi, z którymi pracuję, bo jeśli wiem, że dane zadanie bierze ode mnie dużo energii, nie mogę udawać, że nie bierze. Nie mogę planować siebie jak maszyny. Nie mogę wciskać rzeczy w kalendarz tylko dlatego, że technicznie jest wolne okienko. Nie mogę obiecywać jakości, jeśli wiem, że będę już tylko przepychać temat siłą woli.
Praca nad marką osobistą też wymaga energii. Pozytywnej energii, wiary, nadziei na to, że to ma sens i cel, że wiem, po co i dla kogo to robię, ale też takiej bardzo zwykłej siły do powtarzania małych kroków, do wracania po ciszy, do pisania wtedy, kiedy tekst nie wychodzi, do pokazywania swojej pracy, choć łatwiej byłoby schować ją za „jeszcze niegotowe”, do proszenia o feedback, do mówienia „to jest mój kierunek”, do odmawiania temu, co znowu wpycha nas w starą rolę.
Pytanie brzmi więc nie tylko: skąd brać energię, ale też: gdzie ja ją bez sensu zostawiam? W jakich rozmowach, projektach, relacjach, zadaniach, ambicjach, cudzych oczekiwaniach, w jakim udawaniu, że dam radę, choć wiem, że ledwo stoję, w jakim „jasne, zrobię”, kiedy powinnam powiedzieć „nie teraz”, w jakim przekonaniu, że jeśli coś technicznie da się wpisać w kalendarz, to znaczy, że mam na to zasób?
Bo energia nie bierze się tylko z odpoczynku. Bierze się też z dobrego dopasowania, z pracy, która ma sens, z ludzi, przy których nie trzeba udawać sztucznej roślinki, z zadań, które są trudne, ale karmią, z granic, które mówią: dziś już nie, teraz potrzebuję wrócić do siebie, z decyzji, że nie wszystko, co umiem zrobić, musi dalej zjadać mój czas i moją uwagę.
A jeśli czujesz, że wiesz już, co chcesz budować, ale brakuje Ci energii, żeby wracać, pokazywać, mówić, sprzedawać, poprawiać i nie odpuścić po pierwszej ciszy, Mentoring Marki Osobistej może być dobrym miejscem, żeby spokojnie sprawdzić, co Cię naprawdę karmi, co wyciera do zera i gdzie warto przestać udawać, że masz nieskończone zasoby.