Jestem oszustem?
Zaczęłam pracować jako czternastolatka. Wakacyjnie, dorywczo, na chwilę, wiadomo, nie była to od razu wielka kariera, stanowisko z nazwą po angielsku i strategia rozwoju na kolejne lata, ale jednak od bardzo dawna wiem, czym jest praca, odpowiedzialność, zarabianie pieniędzy, robienie rzeczy, których czasem się chce, a czasem zupełnie nie, kontakt z ludźmi, obowiązek, termin, zmęczenie i to dziwne poczucie, że trzeba dać radę, nawet jeśli w środku wcale nie ma się pewności, że się da.
Potem były kolejne prace, kolejne role, kolejne projekty, kolejne zespoły, kolejne firmy, ludzie, szefowie, klienci, studenci, warsztaty, wystąpienia, teksty, rekrutacje, komunikacja, HR, marketing, marka, organizacje, wszystko to, co dziś mogłabym wpisać w bardzo długie CV i pewnie wyglądałoby całkiem sensownie, może nawet dobrze, może nawet ktoś powiedziałby: no Dorota, doświadczenie masz naprawdę konkretne. No właśnie. Mam. Wiem, a mimo to nadal są takie momenty, kiedy czuję się jak oszust.
I to jest zdanie, którego nie lubię pisać, bo przecież od razu w głowie odzywa się druga Dorota, ta rozsądniejsza, bardziej dorosła, która mówi: daj spokój, ile jeszcze dowodów potrzebujesz, ile projektów, ile rozmów, ile lat pracy, ile ludzi, którzy wracają, ile sytuacji, w których dałaś radę, ile razy musisz zobaczyć, że umiesz, żeby wreszcie przestać się zastanawiać, czy zaraz ktoś odkryje, że jednak nie umiesz? A jednak.
Czasem wchodzę w temat i włącza się we mnie myśl: a co jeśli ktoś zaraz zapyta o coś, na co nie znam odpowiedzi? Co jeśli trafi się osoba mądrzejsza, bardziej doświadczona, bardziej specjalistyczna, bardziej „od tego”? Co jeśli powiem coś za prosto? Co jeśli ktoś pomyśli, że przecież to oczywiste? Co jeśli nie mam wystarczająco dużo badań, modeli, certyfikatów, tytułów, lat dokładnie w tym jednym obszarze, żeby mieć prawo się odezwać?
Od razu pojawia się pytanie, które chyba warto sobie zadać bardzo uczciwie: czy ja naprawdę muszę znać odpowiedź na każde pytanie, żeby być wiarygodna?
Bo mam wrażenie, że często mylimy kompetencję z wszechwiedzą. Jakby ekspertka, konsultant, mentorka, lider, trener, osoba prowadząca rozmowę, warsztat czy projekt musiała mieć natychmiastową odpowiedź na wszystko, najlepiej jeszcze dobrze sformułowaną, spokojną, pewną, zgrabną, taką, która brzmi mądrze i nie zostawia miejsca na wątpliwość. Jakby „nie wiem” było dowodem słabości, a nie uczciwości. Jakby moment zawahania od razu odbierał nam prawo do bycia w roli. A przecież to jest absurd. Tylko że bardzo ludzki absurd.
Jeśli przez lata uczysz się, że trzeba dowozić, ogarniać, wiedzieć, odpowiadać, pomagać, ratować, wspierać, być przygotowaną, nie zawieść, nie przynieść wstydu, nie dać się złapać na braku, to potem każde pytanie, na które nie znasz odpowiedzi, może zabrzmieć w głowie jak alarm: zaraz się wyda. Tylko wyda się co, że nie wiem wszystkiego? No nie wiem. Nie wiem wszystkiego! Powiedziałam to, na głos!
Coraz bardziej myślę, że może właśnie od tego zaczyna się dojrzałość zawodowa, nie od udawania, że znam odpowiedzi na każde pytanie, tylko od zgody na to, że czasem powiem: nie wiem, sprawdzę, wrócę, potrzebuję się zastanowić, to nie jest mój obszar, mogę pomóc inaczej, znam kogoś, kto zrobi to lepiej, tu mam hipotezę, ale nie mam pewności, tu potrzebuję danych, tu nie chcę zgadywać. Dziś czuję, że to nie odbiera mi wiarygodności, to ją buduje.
Bo ja naprawdę bardziej ufam ludziom, którzy potrafią powiedzieć „nie wiem”, niż tym, którzy zawsze mają odpowiedź, nawet jeśli pytanie jest źle postawione, danych brakuje, kontekst jest niepełny, a sprawa wymaga chwili zatrzymania. Bardziej ufam komuś, kto umie nazwać granicę swojej wiedzy, niż komuś, kto z każdej sytuacji próbuje wyjść z miną człowieka, który właśnie rozwiązał życie. Tylko że powiedzieć „nie wiem” trzeba umieć. I może właśnie tu dotykamy tego mojego oszusta. Bo oszust we mnie nie mówi: Dorota, nic nie umiesz. On mówi bardziej podstępnie: powinnaś wiedzieć więcej. Powinnaś mieć gotową odpowiedź. Powinnaś być bardziej ekspercka. Powinnaś mieć lepsze argumenty. Powinnaś umieć to nazwać szybciej. Powinnaś nie mieć wątpliwości. Powinnaś być już na takim poziomie, żeby się nie stresować. Powinnaś być pewna. A ja coraz częściej odpowiadam mu: może nie.
Może nie muszę wiedzieć wszystkiego, żeby wnieść wartość. Może moja wartość nie polega na tym, że mam odpowiedź na każde pytanie, tylko na tym, że umiem zadać pytanie, które przesuwa rozmowę. Może nie muszę być najmądrzejszą osobą w pokoju, żeby pomóc ludziom lepiej się usłyszeć. Może nie muszę mieć wszystkich danych świata, żeby zobaczyć napięcie, którego nikt jeszcze nie nazwał. Może moja praca nie polega na tym, żeby udawać encyklopedię, tylko na tym, żeby łączyć kropki, porządkować chaos, słuchać, wyciągać sens, stawiać hipotezy, sprawdzać i mówić uczciwie, gdzie wiem, a gdzie dopiero szukam. To jest bardzo uwalniające, choć wcale niełatwe.
Syndrom oszusta, jeśli tak już chcemy go nazwać, bardzo lubi ludzi, którzy dużo od siebie wymagają. Lubi tych, którzy mają ambicję, odpowiedzialność, wysokie standardy, potrzebę sensu, potrzebę jakości, potrzebę bycia przygotowaną albo przygotowanym. Lubi ludzi, którzy nie chcą robić byle jak. I w tym sensie czasem nie jest dowodem słabości, tylko źle ustawioną troską o jakość, którzy mają w sobie niezgodę na bylejakość.
Marka osobista nie wymaga od nas bycia człowiekiem od wszystkiego, wymaga uczciwego nazwania, od czego jesteśmy, a od czego nie.
A jeśli czujesz, że mimo doświadczenia, pracy, projektów i dowodów nadal czasem boisz się, że ktoś zaraz odkryje, że „nie wiesz wystarczająco”, Mentoring Marki Osobistej może być dobrym miejscem, żeby spokojnie oddzielić realne kompetencje od lęku, a uczciwe „nie wiem” od poczucia, że jesteś oszustem.