Przejdź do treści

Kim jesteś?

·

Był taki moment w moim życiu, jakiś czas temu, kiedy sporo osób chciało mi radzić i pomagać. Zdecydowanie super sprawa, jasne, bo mieć wokół siebie ludzi, którzy dobrze Ci życzą, którzy chcą Cię wesprzeć, coś podpowiedzieć, coś pokazać, czasem powiedzieć dobre słowo, czasem trochę podnieść na duchu, to naprawdę dużo i nie chcę tego w żaden sposób umniejszać. Tylko że w pewnym momencie poczułam, że ten cały feedback, mimo że ciepły, dobry, pozytywny i pewnie z najlepszą intencją, nijak nie pozwala mi zmienić podejścia, ruszyć dalej, zobaczyć czegoś naprawdę nowego.

Był zbyt pobłażliwy. Zbyt ostrożny. Za bardzo „Dorota, dasz radę”, „Dorota, jesteś świetna”, „Dorota, masz tyle talentów”, „Dorota, spokojnie”, czyli niby wszystko dobrze, miło, bezpiecznie, tylko ja nie potrzebowałam już wtedy, żeby ktoś mnie głaskał po głowie, bo to było przyjemne, ale nie rozwojowe. Potrzebowałam kogoś, kto pomoże mi znaleźć kierunek, miejsce, gdzie powinnam być, gdzie powinnam iść.

Znalazłam coacha i wybrałam się na spotkanie. Osobą poleconą, jednocześnie osobą, która nie znała mnie, a ja nie znałam jego. I to chyba było w tym najważniejsze. Nie było historii. Nie było wcześniejszych rozmów. Nie było założenia, że „Dorota to wiadomo”. Nie było tego całego kontekstu, który czasem bardzo pomaga, a czasem przeszkadza, bo ludzie widzą nie Ciebie dziś, tylko obraz Ciebie, który już kiedyś sobie poukładali.

Usiadłam w pokoju, w biurze, spojrzałam na całą ścianę książek, Pan X usiadł naprzeciwko i powiedział mniej więcej: no dobrze, to czemu tu jesteśmy, czego się spodziewasz, ale zacznijmy od początku, kim jesteś?I tyle.

Kim jesteś?
Zaniemówiłam.

Serio. Nie dlatego, że pytanie było trudne intelektualnie, bo przecież to nie jest jakieś skomplikowane pytanie z psychologii, filozofii i zarządzania w jednym. To są dwa słowa. Kim jesteś. Tylko że ja nagle nie wiedziałam, co powiedzieć, bo że jestem mamą, żoną, córką, kobietą, pracownicą, menadżerką, osobą od komunikacji, od ludzi, od ogarniania, od łączenia kropek, od projektów, od rozmów, od robienia rzeczy, to ja wiem. Role umiem wymieniać, funkcje też, zadania też, nawet odpowiedzialności. Mówię o wszystkim czego ludzie ode mnie chcą czy oczekują - miliony słów i zero odpowiedzi na pytanie.

Ja. Dorota. Bez funkcji. Bez tego, komu jestem potrzebna. Bez tego, co robię dla innych. Bez tego, co umiem dowieźć. Bez tego, co mam wpisane w CV. Bez tego, co ktoś o mnie mówi. Bez tego, że jestem „od czegoś”. I wtedy w głowie, zupełnie nieświadomie, ruszyła cała seria pytań: kim ja właściwie jestem, czego chcę, dokąd idę, co jest dla mnie ważne, co jest moje, co nie jest moje, co robię dlatego, że naprawdę chcę, a co dlatego, że umiem i ktoś znowu mnie w tym zobaczył, dlaczego ja mam tyle słów dla innych, tyle pytań dla innych, tyle pomysłów na cudze historie, a kiedy ktoś pyta mnie o mnie, to nagle nie umiem powiedzieć nic.

Wszystkie słowa zaczęły płynąć, ale łzami. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Nie byłam w stanie rozmawiać. Nie byłam w stanie wejść w proces, który przecież z założenia polega na pytaniach i szukaniu odpowiedzi w sobie samym. A ja wtedy chyba wcale nie chciałam szukać odpowiedzi w sobie, bo przeczuwałam, że jak zacznę, to nie skończy się na poprawieniu CV, dopisaniu nowego zdania w bio, zmianie zdjęcia, wymyśleniu nowego projektu albo posłuchaniu kogoś, kto powie: Dorota, jesteś świetna, działaj. Tym niezbyt udanym spotkaniem zakończyłam proces, którego nawet na dobre nie rozpoczęłam.
I co ciekawe, to była jedna z najważniejszych lekcji ostatnich lat mojej kariery.

Nie dlatego, że coach mnie poprowadził przez wielki proces, nie dlatego, że wyszłam z gotową odpowiedzią, nie dlatego, że po tym jednym spotkaniu nagle wszystko zrozumiałam. Absolutnie nie. Wyszłam raczej rozbita, zawstydzona, zła na siebie i trochę zdziwiona, że jedno tak proste pytanie potrafiło mnie tak skutecznie rozbroić. Ale ono zostało. I wracało. W różnych momentach. Przy kolejnych decyzjach, rozmowach, projektach, pomysłach, zmianach, przy każdym „co dalej?”, przy każdym „z czym ja właściwie chcę być kojarzona?”, przy każdym „czy to jeszcze moje?”.To jest chyba najtrudniejsze pytanie, jakie kiedykolwiek usłyszałam i jedno z najtrudniejszych, jakie dziś zadaję innym.

Kim jesteś?

Jedna osoba na sto potrafi odpowiedzieć od razu. Tak naprawdę. Nie stanowiskiem, nie rolą, nie relacją, nie opisem z LinkedIna, nie nazwą firmy, nie branżą, nie listą obowiązków, nie tym całym „zajmuję się…”, tylko czymś, co choć trochę dotyka człowieka pod spodem.

Większość z nas zaczyna od roli. Jestem mamą. Jestem żoną. Jestem liderem. Jestem specjalistką. Jestem HR-owcem. Jestem konsultantką. Jestem przedsiębiorcą. Jestem osobą od komunikacji. Jestem od ludzi. Jestem od zmiany. Jestem od ogarniania. Jestem od trudnych tematów.I to wszystko może być prawdą. Tylko że to nadal może nie być odpowiedź.

Bo marka osobista nie zaczyna się od pytania, co robisz. Ani od tego, jaką masz rolę. Ani od tego, jak się przedstawiasz. Ona zaczyna się dużo głębiej, w tym niewygodnym miejscu, w którym trzeba sprawdzić, czy wiesz, kim jesteś, kiedy nikt akurat niczego od Ciebie nie potrzebuje, kiedy nie musisz nikogo ratować, wspierać, tłumaczyć, prowadzić, uspokajać, rozśmieszać, ogarniać, dowozić, kiedy nie możesz schować się za projektem, kalendarzem, deadlinem, odpowiedzialnością i tym całym „dużo się dzieje”, które czasem jest prawdą, a czasem świetną zasłoną dymną.

Ja wtedy nie znałam odpowiedzi. Długo jej nie znałam. Pewnie nadal nie mam jednej, ostatecznej, ładnej i gotowej do oprawienia w ramkę, bo człowiek się zmienia, dojrzewa, czasem się gubi, czasem wraca, czasem odkrywa, że zdanie, które było prawdziwe trzy lata temu, dziś już trochę uwiera. Ale wiem, że od tamtego pytania zaczęłam inaczej słuchać siebie.

Zaczęłam sprawdzać, które odpowiedzi są moje, a które są tylko rolą. Które zdania mówię, bo naprawdę w nie wierzę, a które powtarzam, bo brzmią dobrze. Które projekty biorę, bo są moje, a które dlatego, że ktoś znowu zobaczył we mnie osobę do ogarniania. Przy których ludziach jestem bliżej siebie, a przy których zaczynam odgrywać wersję Doroty, która kiedyś była potrzebna, ale dziś już mnie męczy.

I może właśnie dlatego, kiedy pracuję z ludźmi nad marką osobistą, nie zaczynam od bio, CV, profilu i pytania, jak częściej publikować. To wszystko może przyjść później. Naprawdę później. Najpierw czasem trzeba usiąść przed tym jednym pytaniem i zobaczyć, czy w ogóle jest tam ktoś, kto odpowiada, czy tylko lista ról, które przez lata nauczyły się mówić za nas.

Kim jesteś? Nie dla wszystkich. Nie na zawsze. Nie idealnie. Na dziś.

A jeśli czujesz, że to pytanie uruchamia w Tobie więcej ciszy niż odpowiedzi, Mentoring Marki Osobistej może być dobrym miejscem, żeby nie uciekać od niego w kolejne CV, bio albo projekt, tylko spokojnie poszukać języka, który naprawdę jest Twój.

Powiązany mentoring
Mentoring Marki Osobistej →