Przejdź do treści

Kompas

·

Mam taką tendencję, że kiedy ktoś mówi: Dorota, wiesz, przydałoby się nam… albo: znasz może kogoś, kto… albo: a może chciałabyś pomóc przy…, moja głowa bardzo szybko zaczyna pracować. Od razu układa scenariusze, robi listę połączeń, sprawdza, co wiem na ten temat, kogo znam, z kim można to połączyć, gdzie jest wartość, co można zrobić od razu, jak to pchnąć, komu to pomoże, jaki kawałek mogę wziąć na siebie, żeby temat ruszył i żeby ktoś po drugiej stronie poczuł, że sprawa nie wisi w powietrzu. I to jest fajne. Naprawdę. Fajne dla drugiej strony, fajne dla projektu, fajne dla ludzi, którzy przychodzą z jakąś potrzebą, bo wartość pojawia się szybko, czasem jeszcze zanim ktoś skończy dobrze opowiadać, czego właściwie szuka. Widzę połączenia, widzę możliwe ścieżki, widzę ludzi, których warto ze sobą poznać, widzę, gdzie można coś uprościć, przyspieszyć, poukładać, dopowiedzieć, nazwać, i bardzo często z tego naprawdę wychodzi coś dobrego. Tylko że pytanie, czy to zawsze jest dobre dla mnie, zostawiam zwykle na sam koniec.

Czy to jest moje? Czy to mnie interesuje? Czy to mnie prowadzi w stronę, w którą chcę iść? Czy to jest temat, który chcę rozwijać, czy tylko temat, który umiem szybko uruchomić? Czy ja chcę w tym być, czy po prostu zadziałał we mnie automatyzm: ktoś potrzebuje, ja widzę rozwiązanie, więc wchodzę?

No właśnie.

I tu zaczyna się mój własny problem z kompasem, bo można mieć bardzo sprawną głowę, dużo pomysłów, dużo kontaktów, dużo energii do łączenia ludzi i tematów, i jednocześnie bardzo łatwo łapać wszystko, co wpada. Trochę z ciekawości, trochę z odpowiedzialności, trochę z potrzeby bycia pomocną, trochę dlatego, że szkoda, żeby coś dobrego się zmarnowało, trochę dlatego, że przecież mogę, umiem, znam kogoś, widzę sens, a trochę może dlatego, że przez lata nauczyłam się reagować szybciej, niż pytam samą siebie, czy w ogóle chcę.

I to jest bardzo podstępne, bo z zewnątrz wygląda jak sprawczość, zaangażowanie, przedsiębiorczość, otwartość, relacyjność, energia, a od środka czasem robi się z tego zmęczenie i poczucie, że znowu jestem w wielu miejscach naraz, znowu pomagam, znowu łączę, znowu dowożę, tylko niekoniecznie idę tam, gdzie naprawdę chciałam iść.

Po co więc brief, po co kompas, po co to całe zatrzymywanie się nad tym, kim jestem zawodowo i z czym chcę być kojarzona albo kojarzony? No właśnie po to.

Nie po to, żeby zabrać spontaniczność, nie po to, żeby każdą rozmowę, każdy pomysł i każde zaproszenie przepuszczać przez wielką strategiczną analizę, nie po to, żeby zamienić życie zawodowe w tabelę z kategoriami „zgodne z marką” i „niezgodne z marką”, tylko po to, żeby w tym pierwszym odruchu, w tym moim „już wiem, kogo połączyć i co można zrobić”, pojawiło się jeszcze jedno pytanie: a czy to jest moje?

Czy ten projekt wzmacnia to, z czym chcę być kojarzona albo kojarzony? Czy ta współpraca prowadzi mnie w stronę, którą wybieram, czy z powrotem w starą rolę? Czy biorę to, bo naprawdę chcę, czy dlatego, że umiem i ktoś znowu mnie w tym zobaczył? Czy to jest okazja, czy tylko ładnie opakowany powrót do miejsca, które już dawno zrobiło się za ciasne?

To nie są wygodne pytania, szczególnie dla osób, które lubią pomagać, widzą możliwości i mają w sobie taki wewnętrzny silnik do uruchamiania rzeczy. Trudno powiedzieć „nie” komuś, kto przychodzi z zaufaniem. Trudno nie wejść w temat, kiedy widzisz, że możesz wnieść wartość. Trudno zatrzymać się przed automatycznym „dobra, pomogę”, jeśli przez lata Twoja marka, Twoja reputacja, a może też Twoje poczucie własnej wartości rosły na tym, że można było na Ciebie liczyć.

Tylko że można być osobą odpowiedzialną i nie brać wszystkiego. Można być pomocną albo pomocnym i mieć granice. Można umieć coś robić bardzo dobrze i jednocześnie nie chcieć już być wybieraną albo wybieranym głównie z tego powodu. Można widzieć wartość dla drugiej strony i jednocześnie zadać sobie pytanie, czy to jest wartość, którą naprawdę chcę dziś wnosić.

I tu kompas robi dobrą robotę, bo przypomina, że marka osobista nie składa się tylko z tego, co komunikujesz na zewnątrz, ale też z tego, na co się zgadzasz, z czego rezygnujesz, jakie projekty bierzesz, jakich nie bierzesz, z kim siadasz do stołu, z kim przestajesz siadać, gdzie mówisz „tak”, a gdzie wreszcie mówisz „nie, to już nie moje”.

Marka osobista bardzo często powstaje z powtórzeń. Jeśli ciągle bierzesz projekty ratunkowe, ludzie będą widzieć Cię jako osobę od ratowania. Jeśli ciągle wchodzisz w cudzy chaos, będą przychodzić z chaosem. Jeśli ciągle zgadzasz się na rolę osoby wspierającej gdzieś z boku, trudno oczekiwać, że ktoś sam dopowie: ona chyba chce być przy decyzjach. Jeśli ciągle mówisz „mogę pomóc”, nawet kiedy chcesz powiedzieć „mogę poprowadzić”, świat będzie słyszał pomoc, nie prowadzenie.

I to nie znaczy, że trzeba wszystko wywracać, odmawiać wszystkim, zamknąć się na okazje i już nigdy nie wejść w temat, który nie był zapisany w planie. Czasem wystarczy zacząć zauważać swój automat. Zobaczyć moment, w którym głowa już buduje scenariusz, a Ty jeszcze nie zdążyłaś albo nie zdążyłeś zapytać siebie, czy chcesz w nim być. Czasem wystarczy dopowiedzieć: mogę pomóc, ale nie w tej roli. Mogę połączyć, ale nie będę prowadzić. Mogę dać godzinę rozmowy, ale nie wchodzę w projekt. Mogę wskazać kierunek, ale nie biorę odpowiedzialności za dowiezienie.

Dla mnie kompas jest właśnie tym momentem między „widzę wartość” a „wchodzę”. Tym krótkim zatrzymaniem, w którym sprawdzam, czy to, co jest dobre dla projektu, dobre dla ludzi, dobre dla drugiej strony, jest też dobre dla mnie i dla kierunku, który chcę budować.

Bo bez kompasu można latami iść bardzo sprawnie w cudzym kierunku.

A jeśli czujesz, że masz dużo możliwości, dużo zaproszeń, dużo tematów i nadal nie wiesz, które z nich naprawdę prowadzą Cię w Twoją stronę, Mentoring Marki Osobistej może być dobrym miejscem, żeby spokojnie sprawdzić, co jest okazją, a co tylko starą rolą w nowym opakowaniu.

Powiązany mentoring
Mentoring Marki Osobistej →