Złotouści
Są tacy ludzie, którzy potrafią wejść do pokoju i od razu wiadomo, że są. Nie dlatego, że robią coś złego, nie dlatego, że krzyczą, chociaż czasem trochę krzyczą, ale dlatego, że mają w sobie taką umiejętność zajmowania przestrzeni, mówienia o sobie, opowiadania o swojej pracy, swoich projektach, swoich sukcesach, swoich planach w sposób, który sprawia, że inni zaczynają słuchać.
Patrzę na nich od lat i często myślę sobie: no proszę, jak to jest możliwe, że ktoś potrafi tak pięknie opowiedzieć o jednej rzeczy, którą zrobił, a obok siedzi ktoś, kto zrobił dziesięć rzeczy, uratował pół projektu, poukładał chaos, posklejał ludzi, dowiózł temat, ale kiedy ma o tym powiedzieć, zaczyna od „w sumie to nic takiego”. I mnie to od zawsze ciekawi, ale też trochę złości.
Świat biznesu naprawdę lubi tych, którzy umieją mówić. Lubi ludzi, którzy potrafią nazwać swój wpływ, wejść w rozmowę z pewnością, nie przepraszać za to, że coś wiedzą, coś potrafią, coś zrobili. Lubi tych, którzy nie zostawiają innym zbyt wiele pracy w domyślaniu się, o co im chodzi i po co warto ich zaprosić do stołu.
I jasne, nie ma w tym nic złego, jeśli za słowami idzie realna wartość, jeśli opowieść nie przykrywa pustki, jeśli człowiek umie mówić o sobie, bo faktycznie wie, co wnosi, a nie tylko sprytnie opakował trzy slajdy, dwa modne słowa i pewny ton głosu. Problem zaczyna się tam, gdzie forma wygrywa z treścią, gdzie ktoś, kto świetnie mówi, szybciej dostaje szansę niż ktoś, kto świetnie pracuje, gdzie „umie się sprzedać” zaczyna znaczyć więcej niż „umie zrobić robotę”, gdzie widoczność myli się z kompetencją, pewność siebie z mądrością, a płynność wypowiedzi z realnym wpływem.
I ja nie mam na to zgody, nie dlatego, że nie lubię ludzi, którzy dobrze mówią, wręcz przeciwnie, podziwiam tę umiejętność, tylko dlatego, że przez lata widziałam zbyt wielu świetnych ludzi, którzy byli gdzieś obok, w cieniu, w tle, w drugim rzędzie, chociaż to oni trzymali projekty, zespoły i relacje w całości. Cichych ekspertów. Mądre specjalistki. Ludzi, którzy nie robią z siebie wydarzenia, ale kiedy ich zabraknie, nagle wszystko zaczyna się sypać.
I teraz pytanie: czy oni naprawdę nie mają marki osobistej? Mają. Tylko często nienazwaną, nieopowiedzianą, niewidoczną dla tych, którzy nie byli wystarczająco blisko, żeby zobaczyć, ile naprawdę robią.
Można mieć świetną reputację w małym kręgu i jednocześnie być kompletnie niewidocznym dalej. Można być osobą, o której zespół mówi „bez niej byśmy nie dali rady”, ale organizacja widzi tylko tego, kto najlepiej zaprezentował wynik. Można być kimś, kto realnie buduje wartość, a mimo to nie dostawać zaproszeń, awansów, projektów, propozycji, bo nikt nie umie Cię szybko skojarzyć z konkretnym wpływem.
I to jest moment, w którym marka osobista przestaje być fanaberią, a zaczyna być narzędziem odzyskania sprawczości. Nie po to, żeby stać się złotoustym, nie po to, żeby uczyć się mówić cudzym językiem, robić większe gesty, dorabiać sobie blasku, którego nie czujesz, bardziej po to, żeby nie oddawać całej przestrzeni tym, którzy po prostu mówią szybciej, głośniej, pewniej.
Jeśli robisz dobrą robotę, ale nikt nie umie nazwać, na czym polega Twoja wartość, to nie zawsze znaczy, że świat jest niesprawiedliwy. Czasem znaczy też, że warto mu trochę pomóc zrozumieć. Nie krzykiem, nie autopromocją, nie udawaniem, że jesteś kimś innym, tylko prostym, uczciwym nazwaniem: to robię, w tym jestem dobra, tu wnoszę wartość, z tym warto do mnie przyjść.
I może to jest właśnie najzdrowsza wersja marki osobistej. Nie „patrzcie na mnie”, tylko „jeśli tego potrzebujesz, to tu naprawdę mogę pomóc”.
A jeśli czujesz, że nie chcesz uczyć się krzyczeć głośniej, tylko wreszcie nazwać swoją wartość tak, żeby nie oddawać całej przestrzeni głosnym złotoustym, Mentoring Marki Osobistej może być dla Ciebie dobrym miejscem.